首页 chevron_right 博客 chevron_right 1966

1966

person

Professor Jan Nuckowski

2026年6月13日 • 15 分钟阅读

1966

Chyba w piątej klasie szkoły podstawowej postanowiłem, że w przyszłości zostanę architektem. Były to marzenia tego dziwnego wieku już nie dziecięcego, a jeszcze nie w pełni młodzieńczego. Następne lata, końca szkoły podstawowej i liceum były czasem przygotowań do studiów.
Ale czy to ma gorliwość była zbyt słaba, czy też los chciał inaczej, fakt że mój flirt z architekturą skończył się niepowodzeniem. Niepowodzenie kosztowne, bo dwu letnie. Po dwóch niepowodzeniach ucapiła mnie „władza ludowa” i wylądowałem w wojsku. Jakimś cudem udało mi się z tego wojska po kilku miesiącach wyrwać. Już wcześniej moi rodzice złożyli w moim imieniu „papiery” kandydata na studia na Wydziale Form Przemysłowych. Jednostkę wojskową opuściłem trzy dni przed egzaminem, w piątek po południu, a w poniedziałek rano zdawałem egzamin.
Był czerwiec roku 1966, gdy nie wierząc własnym oczom znalazłem swoje nazwisko na liście dwunastu osób przyjętych na pierwszy rok studiów.
Czy mogłem przypuszczać, że w tym momencie przesądziło się nieomal całe moje przyszłe życie? Że zostało związane z tym gronem ludzi, tym budynkiem, z genius loci tego miejsca? Retoryczne pytanie. Narzuca się jednak nieodparcie w chwili gdy szukam w pamięci wspomnień, odczuć i słów, które wyrażą to najlepiej. Tak naprawdę świadomość niezwykłości miejsca, jego historii, swoistej wyjątkowości ludzi, którzy wyznaczą linię mego życia, wówczas była znikoma. Rodziła się z wolna, ale za to konsekwentnie. Stosunek pedagogów do nas młodych, z natury nie ceniących sobie zbytnio autorytetów, był nieomal koleżeński. Nie znaczy to jednak, iżby nie budził respektu. Wręcz przeciwnie. Przyjmowali trudną do określenia słowami postawę życzliwości z jednoczesnym, nie artykułowanym wprost, a jednak wymaganiem pełnego zaangażowania i wysiłku. O szacunku jaki do Nich czuliśmy nie wspomnę. To było oczywiste.

W efekcie, atmosfera jaka towarzyszyła studiom owocowała stanem pełnej mobilizacji i poświęcenia. Mobilizacji, którą zresztą czuło się i widziało wokół siebie na co dzień i na każdym kroku. Te słowa to nie egzaltacja ani przesada sformułowań dla potrzeb ubarwienia wspomnień. Ileż to razy byliśmy świadkami, a z czasem również uczestnikami zespołowej pracy studentów i pedagogów przy różnych okazjach, z reguły znacznie wykraczających poza podstawowe obowiązki obu stron. Były to najczęściej przypadki otwierania się, wychodzenia na zewnątrz z programem i dorobkiem Wydziału, tak jak choćby w wypadku prac nad filmem "Profesor Morfeo Cracoviensis". Ale też w nieporównanie prozaiczniejszych momentach, jak choćby kolejne adaptacje i aranżacje pomieszczeń wydziałowych. Budowało to więź wzajemnego zrozumienia, przywiązania i poszanowania.

Byłem studentem jednego z pierwszych roczników w historii Wydziału. Miałem dzięki temu szansę zetknięcia się z takimi osobowościami jak Andrzej Pawłowski, Zbigniew Chudzikiewicz, Antoni Haska, Ryszard Otręba, Wacław Nowak, Wacław Pieniądz, Antoni Hajdecki, Jerzy Panek, Barbara Gołajewska, Józef Marek, Włodzimierz Hodys i wielu innych. Był to czas eksperymentów programowych, krzepnięcia Wydziału jako jednostki naukowej i dydaktycznej. Konia z rzędem za odpowiedź komu z nas, z kolejnych roczników, te eksperymenty wyszły na dobre. Sądzę, ba mam nieomal pewność, że jednak chyba nikomu nie zaszkodziły. Łatwo się w tym przekonaniu utwierdzić śledząc losy absolwentów z tamtych lat. Wspomniana atmosfera mobilizacji i pracy z nią związanej, nie byłaby możliwa bez naszej, studentów akceptacji dla obowiązujących zasad. Ta zaś rodziła się również z faktu, że życie Wydziału nie ograniczało się jedynie do wysiłku intelektualnego, do pracy twórczej. Wydział znany był i z tego, że również umiano się świetnie i na poziomie bawić. Wystarczy wspomnieć doroczne andrzejki. Ileż tu inwencji i pomysłowości wykazywały obie strony - my młodzi i Ci, których mieliśmy za starych. Wszystko razem stanowiło o tym, że lata studiów, czas obecności na Wydziale będziemy wspominać do dni ostatnich.

Tak się złożyło, że nie było mi dane zetknąć się w czasie zajęć z Andrzejem Pawłowskim. Coroczne zmiany programu i fakt, iż postanowiłem jako swą specjalizację wybrać Katedrę Komunikacji Wizualnej, skutecznie odcięło mnie od bezpośredniego z Nim kontaktu. Ubolewam z tego powodu. To samo zresztą spotkało mnie i z drugą postacią Form, profesorem Zbigniewem Chudzikiewiczem. Za to jak dziś pamiętam strach przed kontaktem z profesorem Antonim Haską. Pietyzm i precyzja w doborze słów dla wyrażenia swych myśli był dla mnie paraliżujący. Równie silnie tkwi w mej pamięci postać docenta Wacława Pieniądza. Na pewno przyczyniła się do tego Jego nietuzinkowa, by nie rzec wielce oryginalna osobowość. Sposób wyrażania swych niekonwencjonalnych, a zarazem prowokacyjnych poglądów nie pozwalał na obojętny do nich stosunek. A co dopiero powiedzieć o gwałtownych reakcjach zachwytu czy niezadowolenia. Nazwy prowadzonych przezeń przedmiotów - Fizykalne i techniczne podstawy projektowania czy Obiekty i procesy techniczne, chyba jednak nie w pełni odpowiadały ich treści. Tak naprawdę były swoistą ideologią burzenia ciepełka stereotypów w jakich na ogół nas wykształcono i swoistą filozofią docenta Pieniądza. Z czasem zajęcia z docentem stały się również wspaniałym źródłem anegdot.

Ze wstydem muszę przyznać, że nie pamiętam co spowodowało o wyborze specjalizacji. Być może powodem było wspomnienie czasu gdy doc. Ryszard Otręba prowadził Studium sztuk wizualnych B, po powrocie ze stypendium w USA. Jego osobowość niezwykle mnie poruszyła. Wiele wdzięczności winienem prof. Otrębie nie tylko za naukę. Zobowiązany jestem choćby za wyrozumiałość jaką wykazał w czasie całych moich studiów, a szczególnie podczas realizacji pracy dyplomowej. Teraz, po latach wiem, że przemożna chęć bycia samodzielnym, sprawdzenia swych własnych sił w pracy projektowej, graniczyła z arogancją. Jedynym usprawiedliwieniem mej postawy jest fakt, że nie zawiodłem zaufania jakim mnie obdarzono.

Po zakończonych studiach rozpocząłem pracę zawodową projektanta w trybie "wolnego strzelca". Starałem się nie ograniczać zgodnie ze specjalnością dyplomową, jedynie do prac z zakresu projektowania komunikacji wizualnej. Jednak w zdecydowanej większości było to projektowanie graficzne. Rychło przekonałem się, o tym jak trudny jest chleb design'era. Ile wysiłku należy włożyć w wyjaśnianie zleceniodawcy własnego spojrzenia na problemy, jakich argumentów czy wręcz sztuczek użyć by go przekonać.
Ponowny kontakt z ASP nastąpił w rok po studiach. Przyjąłem propozycję stażu na Wydziale Grafiki ASP w Krakowie w pracowni doc. Witolda Skulicza. Nie wspominam tego czasu najlepiej. Okazało się, że nasze charaktery niezbyt do siebie pasują. Praca w Katedrze Grafiki Projektowej Opakowań trwała rok. Z końcem lat siedemdziesiątych otrzymałem od profesora Otręby propozycję współpracy z Katedrą Komunikacji Wizualnej. Początkowo były to godziny zlecone. W roku 1981 otrzymałem etat asystenta, by w roku 1983 zostać starszym asystentem, a wreszcie w 1986 wykładowcą. Długo uczyłem się nim poczułem w sobie dość sił do pierwszych samodzielnych zajęć ze studentami. Choć określenie uczyłem się nie do końca odpowiada temu, co chciałem powiedzieć. Chodzi o osiągnięcie trudnego do nazwania stanu wewnętrznej gotowości, pewnego spokoju ale i siły, która pozwala łagodnie niewolić partnera, przykuwać jego uwagę i mobilizować.
Ustawicznie stawiam sobie pytanie: co jest najistotniejsze w nauczaniu projektanta? Co stanowi o jego, projektanta, dobrej kondycji? Jakie przymioty decydują o tym, że niektórzy są lepsi od innych? Dużo łatwiej stawiać pytania, nieporównanie trudniej jest na nie odpowiedzieć.
O tym kiedy indziej.

相关文章