In memoriam
Professor Jan Nuckowski
17. Apr. 2026 • 10 Min. Lesezeit
To już ponad pół roku gdy żegnaliśmy profesora Ryszarda Otrębę.
Spacerując alejkami cmentarzy, często czytamy sentencję Non omnis moriar – nie wszystek umrę. To fragment ody Horacego - Exegi monumentum – wybudowałem sobie pomnik.
Pomnik profesora Ryszard Otręba jest imponujący. Nie czuję się na siłach by go oceniać. Nie wątpię, że inni zrobią to lepiej ode mnie, kompetentniej i na chłodo, bez emocji.
Śmierć Ryszarda, przecież nieuchronna, jednak dla mnie zbyt dotkliwa.
Chcę natomiast opowiedzieć o znajomości z Ryszardem. Był to znaczący dla mnie czas, budujący wizerunek wspaniałego pedagoga, przełożonego, kolegi i wreszcie prawego człowieka.
Poznałem Ryszarda w czerwcu 1966 roku, podczas mego egzaminu na studia. Drugi dzień egzaminu na Wydział Form Przemysłowych. Egzamin tak zwany praktyczny, odbywał się na trzecim piętrze budynku przy Smoleńsk 9, w Sali 303. Wówczas ta sala była jednym przestronnym pomieszczeniem. Jedynie na środku podłogi skonstruowano z wielkich desek kreślarskich coś na kształt szeregu kabin. W każdej z nich był niewielki stolik i krzesło. Na blacie stołu leżała kartka ze zwięzłym pytaniem - zadanie na które należało odpowiedzieć pisemnie lub wykonać w czasie, bodaj 10 minut, jakieś ćwiczenie. Po tym czasie na dźwięk dzwonka należało wyjść z kabiny, przejść do kolejnej i przystąpić do następnego zadania. I tak po kolei 10 zadań. Nie muszę mówić o atmosfera napięcia i koncentracji.
W tym swoistym biegu z przeszkodami w kolejnej kabinie znajduję zestaw sztućców i polecenie oceny ich walorów. Drobiazg. Przechodzę do kolejnego stanowiska, a tam znów sztućce, nieco inne, a polecenie na kartce wydaje się być identyczne z tym przed chwilą.
Mózg buzuje, patrzę na zegarek jak te 10 minut się kurczy, a ja nie wiem co mam napisać. Obok mojego stanowiska stoi jakiś chłopak – drobna, szczupła sylwetka. Myślę - chyba student pilnujący zdających. Kiwam na Niego i szeptem pytam o radę – Ty, poradź, bo dopiero co na poprzednim stanowisku było podobne pytanie, co powinienem odpisać? Chłopak coś mi poradził. Odpowiedziałem na zadane pytanie na czas.
Gdy po egzaminie, ktoś mnie uświadomił, że tym chłopcem był docent Ryszard Otręba, przeraziłem się. Pomyślałem, że to może nie być dobry początek. Egzamin jednak zadałem. W jakim stopniu ta podpowiedź miała na to wpływ, czy w ogóle miała, Bóg wie. Nie pytałem.
Zaraz potem Ryszard wyjechał na stypendium Departamentu Stanu USA.
Na roku trzecim profesor prowadził zajęcia z malarstwa, które oficjalnie w programie nazywały się Studium sztuk wizualnych. Po profesorze Hasce na roku pierwszym i Jurku Panku na roku drugim, Otręba. Całkowicie inne światy, inne podejście inna atmosfera. W Sali 9, na pierwszym piętrze, z inicjatywy Ryszarda zaaranżowaliśmy w pracowni kącik w którym pojawił się czajnik, piliśmy herbatę i w przerwach dyskutowali na różne tematy.
Kilka razy taka rozmowa przyjęła postać rozmowy w cztery oczy. Ryszard mówił o swoich doświadczeniach, refleksjach, ocenach zjawisk sztuki. Takie niezwykle osobiste wykłady. Dlaczego ja? Nie wiem, ale te rozmowy stawały się bodźcem do pracy. Jeśli kiedykolwiek namalowałem coś przekraczającego granicę przeciętności, to właśnie w tym konkretnym roku.
Na IV roku wybieraliśmy katedrę dyplomową - wybrałem komunikację wizualną. Gwoli ścisłości wówczas była to Pracownia Komunikacji Wizualnej, która dopiero w roku 1972 uzyskała statut Katedry.
By dalsze wspomnienia stały się bardziej zrozumiałe, muszę się przyznać, że mam naturę krnąbrną i niecierpliwą. Bywało ponosiły mnie nerwy, i w takich chwilach, zapominałem o należnym panowaniu nad sobą. Mimo tego profesor kilkakrotnie wykazywał się dla mnie niezwykłą wyrozumiałością i wielkodusznością.
Czwarty rok studiów, semestr letni, korekta. Prezentuję swoją koncepcję, ale profesor nie jest zadowolony. Ryszard nie wyrażał tego nigdy wprost, często były to uwagi nie wprost, jakieś wspomnienia z wielu podróży, tego co widział, dygresje, w które należało się wczytać, a co nie zawsze było proste.
Nic to, po tygodniu czy dwóch, przedstawiam kolejny projekt, ale sytuacje się powtarza. Przy kolejnej korekcie, brak akceptacji ze strony profesora spowodował, że jakoś to w nerwowym impulsie skomentowałem, po czym wyszedłem z sali. Wybiegł za mną ówczesny asystent, nieżyjący już Janusz Depta, ze słuszną reprymendą. Jak się zachowujesz, co za słowa, do profesora!
Do końca semestru nie pokazałem się w Katedrze, ryzykując brakiem zaliczenia, a może nawet powtórką roku.
Już w przerwie semestralnej byłem z jakiegoś powodu na Smoleńsk. Idę korytarzem, naprzeciwko idzie profesor Otręba – dzień dobry – dzień dobry. Mijamy się, ale po chwili słyszę – proszę pana! Zawracam - tak słucham panie profesorze. Spodziewałem się słusznej awantury. Tymczasem słyszę te słowa – "wtedy, podczas tej korekty, miał pan rację, że się pan zdenerwował, ale mimo to dałem panu bardzo dobrze!"
Sufit spada mi na głowę! Jak wielu pedagogów w takim przypadku zdobędzie się na taką reakcję. Jakoś nie miałem poczucia sukcesu.
Ten przypadek powinien wówczas być dla mnie nauczką, jednak, nie do końca tak się stało.
W tamtych latach studia trwały 6 lat a ostatni rok był rokiem dyplomowym. Po ustaleniu tematu studenci mieli się regularnie zjawiać by prezentować postępy. Przy którejś z kolejnych korekt profesor swą uwagę, w moim odczuciu, w większym stopniu poświęcił kolegom z lat niższych, a nie mnie. Wstyd się przyznać, ale dotknęło mnie to – jak to, ja tu robię dyplom i mam czekać na korektę.
Przestałem się pokazywać. Teraz wiem, że była to niedopuszczalna arogancja. Jednak profesor kolejny już raz wykazał niezwykłą wyrozumiałość i wielkoduszność. Do dziś, gdy to wspominam, jest mi bardzo wstyd. Pomimo tej, co tu dużo mówić arogancji, Ryszard dopuścił mnie do obrony.
Na dodatek po obronie profesor Otręba podszedł do mnie pogratulował i powiedział – dziękuję, że mnie pan nie zawiódł, bo jak pana dopuszczałem do obrony nie byłem pewny czy słusznie robię.
W roku 1973 Ryszard zaproponował mi wraz z nieżyjącą, Marysią Banaś-Majkowską pracę w interdyscyplinarnym zespole mającym opracować studium informacji wizualnej w zespole dworców w rejonie Centrum Komunikacyjnego Miasta Krakowa. Miały to być zespolone dworce PKP, PKS, LOT i komunikacji miejskiej. Przewidywano również budowę premetra. To miał być, jak na tamte czasy wielki, wielofunkcyjny obiekt. Ogromne wyróżnienie tuż po obronie.
Wiąże się to z przypadkiem anegdotycznym. Biuro Projektów Kolejowych organizując interdyscyplinarny zespół, zwróciło się do projektantów metra praskiego o polecenie im kogoś, kto zajmie się informacją wizualną. Odpowiedź brzmiała - "wy u nas szukacie pomocy, a przecież macie wspaniałego specjalistę u siebie w Krakowie - Ryszard Otręba. To był, jeśli dobrze pamiętam Jan Rajlich, czeski projektant graficzny, który znał Ryszarda bo obaj byli przedstawicielami w ICOGRADzie. Przykro wspomnieć przy okazji, że z kilkumiesięcznej pracy nad teym projektem, nic nie zostało. Jak zresztą w tamtych czasach, nie szanowano ludzkiej pracy, ani środków angażowanych w takie, często poważne i kosztowne przedsięwzięcia.
W 1978 profesor zaprosił mnie do pracy na uczelni, początkowo na umowie zleceniu, a od 1981 na etacie. Cały okres wspólnej pracy na uczelni zachowuję we wdzięcznej pamięci. Mam zresztą wrażenie, że Ryszard w znacznym stopniu "zaprojektował mi życie".
To może tyle tych moich wynurzeń o przyjaźni z profesorem. Pozwalam sobie na tę formułę bo Ryszard sam tak to określił.
Jednak koniecznie należy jednak wspomnieć relacje ze studentami. Ryszard był przez studentów bardzo lubiany. Jest tego wiele przykładów. Wspomnieć można liczne imprezy katedralne w plenerach czy prywatnych domach. Kapitalnym tego przykładem była liczna grupa żegnająca Ryszarda w roku 1981 na dworcu gdy wyjeżdżał na kontrakt do Australii. Śpiew, okrzyki i transparenty wzbudzały swoistą sensację osób wypełniających peron dworca. Historia powtórzyła się przy kolejnym wyjeździe profesora w roku 1984. Podczas nieobecności Ryszarda prowadziłem zajęcia ze studentami w Jego zastępstwie. Pamiętam - kiedyś na portierni odbieram pocztę – pocztówka z Sidnej. Kilka zdań o tym jak przebiega pobyt, pytanie co u was i na końcu - "wish you were here".
Kończąc, powtórzę to co już mówiłem podczas laudacji Ryszarda, Profesora Honorowego Akademii Sztuk Pięknych im. Jana Matejki w Krakowie - "Laus illi de betur et a me gratia maior" – "Należy Mu się chwała, i ode mnie jeszcze większa wdzięczność".